Globalne uziemienie najnowszego dzieła koncernu Boeing wywołały bardzo niepozorne części, akumulatory litowo-jonowe. Decyzja o ich umieszczeniu w dreamlinerach od początku była traktowana jako potencjalnie ryzykowna, bowiem mogą one ulec samozapłonowi, a gdy już to się stanie, bardzo trudno je ugasić.

Spalona bateria wymontowana z dreamlinera w Bostonie

B787 mają dwa zestawy feralnych akumulatorów. Jeden umieszczony w głównym przedziale elektroniki pod kabiną pilotów, drugi w ogonie samolotu, w podobnym przedziale elektronicznym.

W miniony poniedziałek na pokładzie B787 linii Japan Airlines stojącego na płycie lotniska w Bostonie zapalił się zestaw ogniw w przednim przedziale. Całkowite opanowanie ognia zajęło służbom lotniskowym 40 minut.

 

W środę jeden z zestawów akumulatorów na pokładzie innego japońskiego B787 też uległ awarii i w kabinie pojawił się dym. Po wylądowaniu stwierdzono, że z jednego z ogniw wylały się chemikalia i zaszła reakcja chemiczna, ale nie było pożaru.

Umiejscowienie baterii w Dreamlinerach

Zapasowe źródło energii

Zadaniem akumulatorów jest przede wszystkim dostarczanie prądu niezbędnego do uruchomienia tak zwanego APU (Auxiliary Power Unit), czyli generatora, który podczas postoju na lotnisku zasila maszynę.

Ponieważ dreamliner ma niezwykle rozbudowaną elektronikę, potrzebuje odpowiednio dużego APU. To wymusza jednocześnie zabudowanie analogicznie dużych ogniw, aby te były w stanie uruchomić duży generator.

 

Akumulatory mają też zastosowanie w sytuacji awaryjnej w locie. Gdy zawiedzie normalny system generowania prądu, akumulatory muszą podtrzymać działanie niezbędnych systemów elektronicznych, bez których dreamliner nie byłby w stanie wykonać awaryjnego lądowania.

Dreamliner z potrzebami

Ponieważ B787 jest pierwszym całkowicie „elektrycznym” samolotem i ma wielkie zapotrzebowanie na prąd, inżynierowie Boienga musieli w nim umieścić wyjątkowo duże akumulatory. Gdyby miały to być tradycyjnie stosowane w lotnictwie ogniwa niklowo-kadmowe (NiCd) musiałby być ciężkie i zająć dużo miejsca.

Boeing zdecydował się więc wykorzystać akumulatory nowej generacji, czyli litowo-jonowe, takie jakie praktycznie każdy z nas ma w telefonie komórkowym czy laptopie.

 

Są one znacznie lżejsze i wydajniejsze od tych dotychczas stosowanych. Produkuje je dla Amerykanów japońska firma Yuasa, która zaopatruje też w swoje wyroby między innymi Międzynarodową Stację Kosmiczną.

Decyzja Boeinga o użyciu akumulatorów litowo-jonowych wywołała pewne pytania wśród części ekspertów, którzy twierdzili, że ta technologia jest jeszcze nie dość dopracowana i nie należy podejmować ryzyka. Koncern z Seattle uznał jednak, że potencjalne problemy są do przezwyciężenia.

Potencjał do tragedii

Ogniwa litowo-jonowe mają jednak wrodzoną poważną wadę, przez którą przemysł lotniczy i linie lotnicze patrzą na nie „krzywo”. Mianowicie w pewnych sytuacjach mają skłonność do samozapłonu i wywołania groźnego pożaru. Ogień podsycany chemikaliami z baterii jest trudny do ugaszenia.

Do samozapłonu może dojść, jeśli akumulator mocno się przegrzeje, dojdzie do jej przebicia lub ma jakąś wbudowaną wadę. Są to niezwykle rzadkie przypadki, ale czasem mają miejsce.

 

Linie lotnicze patrzą niechętnym okiem na ogniwa litowo-jonowe, bowiem prawdopodobnie ich samozapłon doprowadził do poważnych pożarów i katastrof na pokładzie dwóch samolotów transportowych.

Wstępne dochodzenia wykazały, że z tego powodu rozbił się B747 firmy UPS w Dubaju w 2010 roku i być może B747 firmy Asiana, który wpadł do morza opodal Korei Południowej. Załogi obu maszyn raportowały pożar w ładowni, w której przewoziły duże ilości baterii litowo-jonowych. W reakcji wprowadzono ostrzejsze zasady dotyczące pojemników, w których należy transportować takie ogniwa.

Nieciekawe prognozy

Usterki akumulatorów dreamlinerów bada przede wszystkim amerykańska Narodowa Rada Bezpieczeństwa Transportu, która obecnie dogłębnie analizuje spalone ogniwa wymontowane z B787 Japan Airlines w Bostonie. Kluczowym zadaniem ekspertów jest ustalenie, co właściwie spowodowało samozapłon i opracowanie rozwiązania, które pozwoli uniknąć takiej sytuacji w przyszłości.

Nie wiadomo, ile mogą potrwać analizy, ani ile czasu dreamlinery będą musiały spędzić na ziemi. Jest możliwe, że Federalna Agencja Awiacji (FAA), nakaże Boeingowi przebudowę systemu elektrycznego w B787. Byłoby to bardzo kosztowne i zajęło miesiące.

Źródło: tvn24.pl

Polecane: