Jak donoszą naukowcy, korzystanie z technologii – bierne i czynne – nawet na dwie godziny przed snem prowadzi do hormonalnych zmian, a tym samym do zaburzeń snu. Po nocy przespanej nad laptopem obudzimy się osowiali i zmęczeni.

Zostawienie włączonego na całą noc komputera i jarzący się przed twarzą monitor nie są tak niewinne, jak mogłoby się wydawać. Komórki, komputery i telewizory emitują tak zwane błękitne światło i całonocne wystawianie się na jego działanie może poważnie zaburzyć nasz sen, a także zepsuć nam cały następny dzień.

 

Światła wielkiego ekranu

Shadab Rahman, badacz jakości snu w Szpitalu dla Kobiet w Bostonie dowodzi, że nadmierna ekspozycja na błękitne światło emitowane przez urządzenia elektryczne, i to nawet dwie godziny przed snem, nie tylko skraca liczbę godzin, przez które nasz organizm się regeneruje, ale też zaburza nasz naturalny zegar biologiczny. Nasz rytm snu, drzemki i pobudki jest na tyle zaburzony, że organizm bardzo „opieszale” pozwala nam zapaść w głęboki, zbawienny dla ciała i umysłu sen.

Badacz utrzymuje, że błękitne światło wprowadza nasz organizm w stan zaawansowanej czujności, i dopiero po dwóch-trzech godzinach pozwala nam zapaść się w sen.

Jednym z badaczy, którzy podjęli się wytłumaczenia tego zjawiska, jest Amit Shai Green, doktorant chronobiologii na Uniwersytecie w Haifa w Izraelu. Przeprowadził pewien eksperyment: wystawił grupę 19 osób na działanie „błękitnego światła”. Wyniki tych badań były dość zaskakujące.

 

Podróż do kresu nocy

Niektórzy z badanych usypiali przed włączonym laptopem, inni wyłączali go na dwie godziny przed snem. Niektóre ekrany emitowały intensywne błękitne światło, inne skalibrowane były tak, by wydzielać światło innej barwy lub natężenia.

Naukowcy przyglądali się uważnie ich rutynie snu – temu, jak często się zeń wybudzali i ile godzin udało im się przespać. Dokonali też pomiaru fazy REM u każdego z nich – a więc snu „głębokiego”, gdy pozwalamy sobie na śnienie. Na sam koniec pytali o jakość samego snu.

Jak się okazało, samo wystawienie na błękitne światło na dwie godziny przed snem skracało długość snu średnio o 16 minut. Co więcej, sen ten był często niespokojny i przerywany licznymi wybudzeniami.

 

Hormon Morfeusza

Błękitne światło ekranu decydowało o poziomie istotnego dla jakości i długości naszego snu hormonu, znanego jako melatonina. To dzięki niemu czujemy się senni, a nasze ciało zwiększa jego produkcję zwykle mniej więcej o godzinie 21. Gdy tego hormonu brakuje, ciężej nam zapaść w sen pomimo tego, że nasz organizm czuje się zmęczony po dniu wypełnionym działaniem.

Niestety, jak się okazuje, wystawieni na błękitne światło produkujemy znacznie mniej melatoniny. To nie koniec złych wiadomości, gdyż to ona pośrednio przyczynia się do termoregulacji naszego organizmu nocą. Przez to – jak informuje Green – po nocy spędzonej z nosem w laptopie czujemy się wytrąceni z równowagi, odczuwamy fale gorąca i czujemy się senni, chodź przespaliśmy „przepisowe” osiem godzin.

Korzystanie z teleprzekaźników wyposażonych w ekran zaburza też nasz zegar biologiczny, i to już od najwcześniejszych lat. Raport opublikowany przez Greena w czasopiśmie naukowym „Chronobiology international” dowodzi tego, że wraz z tym, jak zmniejszają się ekrany, niestety, nie zmienia się znacznie niepokojący aspekt jego badań.

Dlatego badacze zalecają: na dwie godziny przed snem wyłącz komputer, odpręż się i poczytaj. Porozmawiaj z przyjaciółmi. Zapisz stronę w pamiętniku. A jeżeli już nawet rzucisz się w objęcia Morfeusza: cóż, być może Twój organizm lepiej od Ciebie wie, czego tak naprawdę potrzebujesz.

 

Źródło: sciencenewsforstudents.org, Guardian, tvn24

Polecane: