Dwa lata to zbyt mało, żeby świat zapomniał o katastrofie w Fukushimie. Budują się jednak kolejne stosy, bo energetyka jądrowa to nadal ważny element paliwowej układanki.

Tragedia rozpoczęła się 11 marca 2011 r. Fale potężnego tsunami wywołanego podwodnym trzęsieniem ziemi zaczęły niszczyć japońską elektrownię i awarii uległ system chłodzenia trzech z sześciu tamtejszych reaktorów. Chłodzenie to najsłabsze ogniwo budowanych w latach 70. stosów, również tych z azjatyckiej wyspy.

Po odcięciu systemów chłodzących od energii zarządzająca elektrownią firma TEPCO na reakcję miała czas liczony zaledwie w godzinach. Zniszczenia spowodowane tsunami i chaos, jaki wówczas panował, nie pozwoliły na uruchomienie zastępczych dostaw energii niezbędnych do zrestartowania systemów bezpieczeństwa ani alternatywny transport wody do schłodzenia topiących się rdzeni paliwowych. Cały świat z wypiekami na twarzy obserwował, jak wybuchały kolejne reaktory.

Strach i fakty

Prof. Andrzej Strupczewski, specjalista od bezpieczeństwa jądrowego z Narodowego Centrum Badań Jądrowych, zapewnia w rozmowie z DGP, że w Japonii nie doszło do katastrofy radiologicznej.

– Od promieniowania w Fukushimie nikt nie zginął, a promieniowanie, jakiemu poddani zostali mieszkańcy dwóch najbardziej narażonych na nie miasteczek, tylko nieznacznie podniosło ryzyko zachorowalności na raka – mówi prof. Andrzej Strupczewski.

Przyrodnicza tragedia, w wyniku której zginęło 20 tys. osób, na zawsze już jednak powiązana będzie z awarią w elektrowni jądrowej. To musi odcisnąć piętno na branży. Dziś na całym globie pracuje ponad 430 reaktorów jądrowych, a udział atomu w światowym miksie energetycznym wynosi dziś 12,3 proc. Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej (IAEA) obcięła jednak swoje prognozy rozwoju rynku o 9 proc. Jak twierdzą eksperci, moc elektrowni jądrowych z dzisiejszych 370 GW do 2030 r. urośnie już tylko do 456 GW, choć jeszcze przed rokiem w branży można było znaleźć hurraoptymistyczne scenariusze mówiące o podwojeniu rynku.

Czy słusznie świat żyje w strachu? W ponad 60-letniej historii energetyki jądrowej do śmiertelnych wypadków wywołanych awariami atomówek doszło zaledwie raz. Pierwszy raz tragedia wydarzyła się w Czarnobylu. Do dziś nie ma pewności, czy radzieckie władze nie zafałszowały oficjalnych statystyk, ale te i tak mówią o 31 ofiarach śmiertelnych. Ile osób umarło w wyniku napromieniowania z powodu zbyt późnej ewakuacji 300 tys. ludzi z zagrożonych terenów, nie wiadomo. Podczas awarii elektrowni Fukushima w wyniku wybuchu i częściowego stopienia rdzenia reaktorów nie zmarł ani jeden pracownik siłowni. Trzech zginęło w wyniku obrażeń wywołanych trzęsieniem ziemi i tsunami. W pozostałych szesnastu poważnych awariach elektrowni, do jakich doszło w latach 1951–2011 nie było więcej ofiar śmiertelnych.

Europa do tyłu

To dlatego z energetyki jądrowej w Europie wycofały się przede wszystkim Niemcy, choć głównie z politycznych względów, Włosi (przestraszyli się trzęsień ziemi) oraz Szwajcarzy. Budują Finowie, Rosjanie, Słowacy, Czesi i Węgrzy oraz Anglicy.

Powód – choć jak wskazuje raport firmy doradczej Ernst & Young, od atomu droższa jest tylko elektrownia wodna, to jednak na etapie eksploatacji to jedno z najtańszych źródeł energii, jakie zna człowiek. Koszt paliwa to w przypadku produkcji energii elektrycznej w jądrowej elektrowni zaledwie 5 proc. (nawet jeśli kryzys wywinduje cenę uranu o 100 proc., koszty podskoczą zaledwie o 5 pkt proc.). I przy tym zero emisyjne, co zwłaszcza w opętanej ideą ograniczania emisji dwutlenku węgla za wszelką cenę Europie ma kolosalne znaczenie.

Czy Polska produkująca dziś blisko 90 proc. energii z brudnego węgla również wybuduje własną elektrownię?

– Polski projekt jądrowy nadal pozostaje jednym z priorytetów – zapewnia Magdalena Kobos, szefowa biura komunikacji społecznej Ministerstwa Skarbu Państwa.

– W przyszłym koszyku energetycznym jest miejsce zarówno dla elektrowni jądrowej, pracującej w podstawie systemu energetycznego, jak i dla elektrowni gazowych – informuje DGP Iwona Dżygała z Ministerstwa Gospodarki.

Do końca marca PGE, KGHM, Tauron i Enea ustalą więc warunki, na jakich obejmą udziały w spółce powołanej do budowy pierwszej polskiej elektrowni jądrowej. Choć rząd ciągle popiera realizację programu atomowego, losy projekty zdaje się pozostawiać w rękach atomowego sojuszu, bo jak oświadczył w lutym Mikołaj Budzanowski, minister skarbu państwa, rząd nie będzie wspierał finansowo tej inwestycji. Z tego powodu zwolennicy energii jądrowej pikietowali 11 marca pod oknami ministra pod hasłem „Tak dla atomu – nie dla Gazpromu”.

Państwo pomoże?

Czy PGE uda się zebrać finansowanie dla gigantycznego przedsięwzięcia? Na razie Krzysztof Kilian, prezes spółki, co jakiś czas publicznie upomina się o pomoc państwa. Bez niej jego zdaniem budowa nie będzie możliwa.

Rację przyznaje mu Luc Oursel, prezes Arevy, która ubiega się o polskie zamówienie.

– Wszystkie narzędzia, które pomagają kształtować długoterminową przewidywalność projektu, są dobre. To ważne zwłaszcza w czasach kryzysu, kiedy instytucje finansowe trzeba zachęcać do kapitałowego wejścia. Moim zdaniem w Polsce finansowaniem elektrowni jądrowej zainteresowane powinny być otwarte fundusze emerytalne. Ich działalność dobrze pasuje do długoterminowego charakteru jądrowych inwestycji – proponuje szef francuskiego koncernu.

Wstępne rozmowy z potencjalnymi uczestnikami projektu mają się zakończyć do końca maja 2013 r. Potem rozpocznie się wyścig po kontrakt za co najmniej 35 do 55 mld zł. Oficjalny harmonogram zakłada, że zwycięskie konsorcjum poznamy w 2015 r. Wtedy powinna być już znana miejsce pod przyszłe reaktory.

 

 

 

 

Źródło:  Dziennik Gazeta prawna.pl

Polecane: