Została stworzona, by pomagać biednym, „dźwigać ich z ubóstwa”. Zamiast tego Międzynarodowa Korporacja Finansowa, jedno z dzieci Banku Światowego, przejada międzynarodowe fundusze i wspiera tych, którzy już mają na kontach miliardy. O tym nie mówi się głośno. 

Co może łączyć saudyjskiego księcia, którego majątek jest szacowany na 18 miliardów dolarów i który zajmuje 29. miejsce na liście najbogatszych ludzi według magazynu „Forbes”, z jednym z najbiedniejszych krajów świata, Ghaną? Odpowiedź brzmi: Bank Światowy, a konkretnie jedna z jego gałęzi, Międzynarodowa Korporacja Finansowa (IFC).

Instytucja ta została powołana ponad pół wieku temu, by walczyć z problemem globalnego ubóstwa poprzez m.in. udzielanie tanich kredytów prywatnym firmom w krajach Trzeciego Świata. Jak szumnie zapowiadali jej ojcowie z Robertem L. Garnerem na czele, jej celem miało być „stwarzanie możliwości, by ludzie mogli dźwigać się z ubóstwa i podnosić standard życia”. Zamiast jednak kruszyć mury między najbogatszymi a najuboższymi, stawia kolejne. W rzeczywistości gros środków finansowych, którymi dysponuje, pochłaniają inwestycje takie jak luksusowy hotel Mövenpick w Akrze, oddzielony betonową barierą od dziurawych ulic, na których wegetują za mniej niż dolara dziennie autochtoni.

Czcze przechwałki

W 1944 roku na Konferencji w Bretton Woods delegaci 44 państw alianckich położyli podwaliny współczesnego globalnego systemu monetarnego. Dwa lata później rozpoczęły działalność Międzynarodowy Fundusz Walutowy (IMF), Międzynarodowy Bank Odbudowy i Rozwoju (IBRD) oraz Bank Światowy. Ten ostatni został powołany celem, oględnie mówiąc, udzielenia pomocy zniszczonym w wyniku II wojny światowej państwom europejskim i Japonii, a także rozwijającym się krajom Afryki, Ameryki Łacińskiej i Azji. Konkretnie zaś rzecz ujmując – redukcji ubóstwa.

Rychło jednak okazało się, że sama pomoc w rozwoju infrastruktury, a później także budowa szkół i szpitali, zwalczanie analfabetyzmu czy reformy agrarne nie wystarczą. W 1950 roku do akcji wkroczył Robert L. Garner, kierownik wyższego szczebla w Banku Światowym, który zauważył, że sektor prywatny mógłby odgrywać znaczącą rolę w pobudzaniu międzynarodowego rozwoju. Sześć lat później słowa zostały przekute w czyn i powołano do życia Międzynarodową Korporację Finansową.

Z roku na rok obracająca coraz większymi środkami finansowymi, urosła do rangi najlepiej prosperującej gałęzi Banku Światowego. Obecnie zatrudnia blisko 3,5 tysiąca personelu, rozlokowanego w ponad setce krajów. W ostatnim raporcie szczyci się: „Nasi klienci po raz kolejny w pełni skorzystali z naszych inwestycji i rekomendacji, wywierając realny wpływ na ubogich”.

Na tych przechwałkach właściwie koniec, bo nawet wewnętrzna kontrola Niezależnej Grupy Ewaluacyjnej wykazała, że „brakuje wystarczającej przejrzystości co do znaczenia terminu ubóstwo w kontekście IFC i jak jej interwencje docierają do ubogich i na nich oddziałują”. W parze z powyższą oceną idą liczby: spośród prawie 580 projektów sfinansowanych lub wspartych przez korporację w innych sposób, zaledwie co ósmy miał wyraźny wpływ na ubogich, a co dziewiąty zapewnił im zatrudnienie lub zaopatrzenie w dobra materialne lub usługi. Co więcej, cokolwiek wspólnego ze zwalczaniem ubóstwa, czyli sztandarowym hasłem organizacji, nie miała nawet połowa wszystkich inwestycji.

Nic dziwnego więc, że korporację nieustannie podmywa fala krytyki. Zamiast realizować cele statutowe, „IFC lubi pracować z wielkimi firmami, finansując projekty, które mogłyby one sfinansować samodzielnie”, jak stwierdza reporterka „Foreign Policy” Cheryl Strauss Einhorn. Na liście partnerów biznesowych korporacji znajdują się bowiem tacy giganci jak amerykański potentat naftowy ExxonMobil, największy na świecie producent słodyczy Grupo Arcor, japoński koncern Mitsubishi, obejmujący fabryki samochodów, wytwórnię lotniczą oraz zakłady zbrojeniowe i chemiczne, czy działający w 70 krajach operator komórkowy Vodafone.

Sześć na dwa miliony

Ostatnim kontrowersyjnym projektem, na który kasę wyłożył IFC, jest wspomniany pięciogwiazdkowy hotel Mövenpick w Akrze.

Czy w jednym z najuboższych krajów świata, gdzie co czwarty mieszkaniec musi przeżyć za mniej niż 1,25 dolara dziennie, 650 tysięcy dzieci nie ma dostępu do edukacji, co trzeci obywatel jest analfabetą a bezrobocie wśród młodych wynosi 25 proc. naprawdę potrzebnych jest kilkanaście luksusowych hoteli?

I czy książę Al-Walid Ben Talal, wnuk założyciela dynastii Saudów i jeden z największych krezusów (według magazynu „Forbes” wartość jego majątku wynosi 18 miliardów dolarów, co plasuje go na 29. miejscu najbogatszych ludzi świata) naprawdę potrzebował od IFC „skromnego” kredytu w wysokości 26 milionów dolarów na budowę hotelu?

– Ten projekt stworzy miejsca pracy w związku z jego budową i funkcjonowaniem nieruchomości – zapewniał Desmond Dodd, rzecznik prasowy IFC w Afryce, w rozmowie z „Washington Post” w maju 2011 roku, gdy gruchnęła wieść, że korporacja przyznała kredyt miliarderowi. – Tego rodzaju pożyczki nie są niczym innym jak najgorszą korporacyjną opieką społeczną – książę Walid i jego firma mogliby z pewnością otrzymać kredyt od jakiegoś prywatnego banku międzynarodowego, jeśli jest to opłacalny ekonomicznie projekt – ripostował Bruce Rich, waszyngtoński adwokat, działający pro publico bono.

Podkreślił jednocześnie, że Bank Światowy i IFC otrzymały w 2010 roku znaczny zastrzyk środków finansowych od Stanów Zjednoczonych i innych krajów z zastrzeżeniem, że powinny zostać one przeznaczone na „wspieranie ubogich i potrzebujących, zwłaszcza w Afryce Subsaharyjskiej”.

Mary-Jean Moyo, szefowa ghanijskiego oddziału IFC, broni tezy, że inwestycja tworzy nowe miejsca pracy. Ergo – przyczynia się do zwalczania biedy. W rozmowie z reporterką „Foreign Policy” Moyo podaje prosty przykład: młodzi chłopcy, kursujący na wrotkach między leżakami i stolikami wokół basenu i serwujący gościom luksusowego hotelu napoje i drinki, to wzięci wprost z ulicy młodzi Ghanijczycy. W hotelu mieszczącym 260 pokoi, ogrody, Spa, restauracje serwujące śniadanie już od 42 dolarów od osoby, największy w kraju basen oraz rząd luksusowych sklepów pracuje ich… sześciu. W dwumilionowej Akrze to mniej niż kropla w morzu potrzeb.

– Trudno mówić o ograniczeniu biedy tylko dlatego, że jacyś ludzie znajdują zatrudnienie – podsumowuje rządowa doradczyni gospodarcza Takyiwaa Manuh.

Business is business

Hotel Mövenpick jako oaza luksusu na ghanijskiej pustyni biedy to nie jedyna nietrafiona inwestycja IFC. Oczywiście z humanitarnego (czyli statutowego) punktu widzenia. Bo z finansowego i owszem. „Większość projektów inwestycyjnych wygenerowała zadowalający zysk, ale nie przedstawiła wyraźnych dowodów na możliwość udziału w nich, włożenia własnej pracy lub czerpania zysków przez ubogich z działalności, które projekty te wspierają bezpośrednio lub pośrednio”, stwierdza Niezależna Grupa Ewaluacyjna w swej ostatniej ocenie.

W wielu aspektach nie szczędzi pochwał IFC, której możliwości finansowe rosną w imponującym tempie (z 2,4 miliarda dolarów w roku fiskalnym 2001 do 12,7 miliarda w 2010). Jednak w raporcie obok przychylnych ocen pojawia się sporo „ale”. Zbyt wiele jak na działalność instytucji, która swobodnie obraca miliardami dolarów, a której cele i zadania zostały jasno określone już pół wieku temu.

Udzielanie niskooprocentowanych pożyczek drobnym i średnim przedsiębiorcom z odległych zakątków globu, którzy muszą stawić czoło korporacyjnym kolosom, jest znacznie bardziej ryzykowne niż wspieranie tych drugich. Marki Coca-Cola, PepsiCo, Domino’s Pizza czy KFC są rozpoznawalne na całym świecie. Dlatego IFC chętniej niż anonimowych biedaków finansuje sieci znanych pizzerii w RPA czy fast-foodów słynących z kurczaka w pikantnej panierce, budowę luksusowych kurortów w pogrążonych w głębokim kryzysie społeczno-politycznym, a nawet wojnie krajach Trzeciego Świata czy kampanie napojów gazowanych w Sudanie Południowym, Etiopii czy Kambodży.

– Korporacja jest bardzo skupiona na zyskach. Nie zajmuje się ubóstwem, a jej inwestycje rzadko mają związek z biednymi – zauważa w rozmowie z „Foreign Policy” Francis Katlisi, były pracownik IFC.

W końcu business is business.

 

Źródło: Wirtualna Polska

Polecane: