Przez lata naukowcy uważnie obserwowali pokrywę lodowców, uważając, że to właśnie ona pokazuje, jak szybko lodowe masywy topnieją. Tymczasem prawdziwą skalę problemu ujawniły badania nad Pine Island Glacier (PIG), jednym z najważniejszych lodowców, mających wpływ na poziom wód na świecie. Według badaczy, zamiast patrzeć na powierzchnię, powinniśmy spojrzeć na to, co dzieje się pod lodowcem.

– Nasze obserwacje pozwoliły nam odkryć, że prędkość topnienia pokrywy nie jest wymierną wartością. Najważniejsze jest to, co się dzieje pod lodowcem. PIG ma ogromny wpływ na poziom wód – zaznaczył Timothy Stanton, oceanograf z Naval Postgraduate School w Monterey w Kalifornii, jeden z naukowców prowadzących badania.

Znika, przybierając

Międzynarodowy zespół, kierowany m.in. przez Roberta Bindschadlera, glacjologa NASA, a finansowany przez National Science Foundation i NASA, jest odpowiedzialny za odkrycie. Badania prowadził od 2007 roku, lecz sukces pojawił się dopiero po sześciu latach w postaci danych, zebranych z czujników umieszczonych pod lodowcem szelfowym Pine Island. Zespół naukowców kierowany przez Stantona i Bindschadlera udowodnił, że najważniejsze jest jednak to, czego na pierwszy rzut oka nie widać.

– Nasze wyniki to pierwsze wymierne dane, dotyczące tego, co się dzieje pod wodą – podkreślił Stanton. Sytuację lodowca Pine Island naukowcy śledzą wyjątkowo uważnie. Jest to jeden z największych i najbardziej dynamicznych antarktycznych lodowców.

Góry lodowe, jakie odrywają się od niego wskutek dopływu mas ciepłej wody od strony oceanu, są potężne i mają znaczący wpływ na poziom wód na świecie. Jednocześnie od strony lądu dopływają do niego strumienie lodowe.

Ważne to, czego nie widać

– Zauważyliśmy, że ciepłe masy wody, jakie krążą pod lodem, drążą w nim tunele, osłabiając go od podstawy. Nie widzimy tego na co dzień, ale widzimy tego skutek. Jednocześnie wcześniej głowiliśmy się, skąd te masy wody, ponieważ wydawało nam się, że na powierzchni niewiele się zmieniło, albo wręcz przybyło – wyjaśnił oceanograf.

Naukowcy przewiercili się na wylot lodowca i opuścili sondę 2 metry poniżej poziomu lodu. Sonda co 24 godziny dokonywała pomiarów, m.in czy dzieląca ją od lodu zmalała czy powiększyła się. Ostateczne dane i wyliczenia wykazały, że lodowiec topniał średnio 6 centymetrów dziennie. Choć przybywało go od góry, ciepła woda drążyła go od środka, osłabiając jego kontrukcję. To wpływało na rozmiary odrywanych bloków lodu, które szybciej i łatwiej topniały, wpływając na poziom wód.

Mimo przeszkód i trudności

Naukowcy wielokrotnie musieli przerywać badania, z powodów trudności logistycznych, niemożliwych do przeskoczenia.

W 2007 naukowcy musieli się ewakuować, ponieważ lodowiec zaczął pękać. Podobna sytuacja powtórzyła się w 2011 roku, gdy szczelia powiększyła się, dzieląc szelfowego PIG na długości blisko 30 km, co potwierdził niemiecki satelita TerraSAR-X. Do Morza Amundsena wpadła wtedy potężna bryła lodu. Badania utrudniały także wyjątkowo surowe warunki pogodowe, panujące na Antarktydzie.

Źródło: NASA, tm

Polecane: