Bezzałogowa rakieta typu Antares służąca do wynoszenia statku transportowego Cygnus, wybuchła kilka sekund po starcie z komercyjnej wyrzutni w Wirginii (USA) we wtorek późnym wieczorem. Misja miała dostarczyć zaopatrzenie na Międzynarodową Stację Kosmiczną. Całość zdarzenia była transmitowana na żywo przez telewizję NASA.

NASA - Sześć sekund po starcie eksplodowała rakieta nośna z bezzałogowym statkiem transportowym Cygnus

Rakieta wybudowana i wykorzystywana była przez prywatną firmę Orbital Sciences Corp. Startowała z wyrzutni w Ośrodku Lotniczym Wallops i miała wynieść statek towarowy Cygnus na Międzynarodową Stację Kosmiczną.

Przyczyny wybuchu nie są jeszcze znane. NASA podaje, że w wyniku wypadku nikt nie ucierpiał.

Informacje o braku ofiar potwierdza też Orbital Sciences Corp. „Potwierdziliśmy, że cały personel jest policzony. Nie ma żadnych rannych w dzisiejszej operacji” – podała firma w oświadczeniu

Bezzałogowy statek transportowy Cygnus

Bezzałogowy statek transportowy Cygnus

Problemy z lotem

Już wcześniej pojawiły się problemy z startem rakiety. W poniedziałek, kiedy zaplanowany był lot, w strefę bezpieczeństwa wpłynął statek. Spowodowało to anulowanie startu i przełożenie misji na wtorek.

Nieudany start był piątym z kolei rakiety Antares. Cztery poprzednie przebiegły prawidłowo.

Jak podaje NASA, wyrzutnia służąca do startu nie została poważnie uszkodzona.

Miliardy za loty

Orbital Sciences jest jedną z dwóch firm zakontraktowanych przez NASA do zaopatrywania ISS po tym, jak zakończone zostały loty promów kosmicznych. Feralny start miał być trzecim lotem z ośmiu zleconych przez amerykańską agencję kosmiczną. Kontrakt opiewa na 1,9 miliarda dolarów.

Rakieta antares

Rakieta antares

 

Aktualizacja:

Rakieta Antares, która w środę widowiskowo zakończyła swój czwarty lot eksplozją tuż po starcie, to „kosmiczny Frankenstein”. Jej główne silniki wyprodukowano niemal pół wieku temu na potrzeby radzieckiego podboju Księżyca. Największą część rakiety zbudowano w ukraińskim Dniepropietrowsku, niecałe 200 km od strefy obecnej wojny. Amerykanie złożyli wszytko razem i dodali mniejsze elementy.

Wielka eksplozja prywatnej rakiety Antares miała miejsce w piątek nad ranem czasu polskiego na kosmodromie Wallops Island w Wirginii. Ogień pochłonął statek zaopatrzeniowy Cygnus, który miał dostarczyć zaopatrzenie na Międzynarodową Stację Kosmiczną, oraz kilka małych satelitów i pojazdów kosmicznych. Wśród nich była między innymi pierwsza sonda zbudowana przez kosmiczną firmę górniczą.

Rakieta zawiodła około 12 sekund po oderwaniu się od ziemi. U podstawy maszyny, w rejonie głównych silników, pojawił się dodatkowy płomień i doszło do małej eksplozji. Pochłaniany przez ogień Antares przestał się wznosić i po chwili opadł na stanowisko startowe kończąc lot w wielkiej eksplozji niewykorzystanego paliwa.

 

Kosmiczny składak

Jak poinformował właściciel rakiety, prywatna firma Orbital Sciences, nikt nie ucierpiał podczas katastrofy. Stanowisko startowe zostało uszkodzone, ale nadaje się do odbudowy. Utworzono specjalną komisję śledczą, która ma dokładnie zbadać przyczyny katastrofy. Jej prace mogą zająć wiele miesięcy, bowiem najpierw z okolicy wyrzutni trzeba zebrać wszystkie szczątki rakiety.

Do czasu pojawienia się wyników śledztwa oficjalnych komentarzy na temat przyczyn katastrofy na pewno nie będzie, jednak nie ma wątpliwości, że głównym podejrzanym jest pierwszy stopień rakiety i jej silniki główne. To w ich obrębie doszło do pojawienia się niespodziewanych płomieni a następnie eksplozji.

Zarówno silniki główne jak i pierwszy stopień rakiety to specyficzny „kosmiczny Frankenstein”. Te pierwsze zostały wyprodukowane na przełomie lat 60. i 70. w ZSRR na potrzeby radzieckiego programu lotu na Księżyc a w USA zostały zmodernizowane. Pierwszy stopień to natomiast dzieło rąk ukraińskich, dokładniej biura konstrukcyjnego Jużnoje i fabryki Jużmasz w Dniepropietrowsku.

Korporacja Orbital Sciences składa „wschodnią” część rakiety w całość, montuje na nim stworzony przez siebie drugi stopień Castor 30, dodaje ładunek i wszystko testuje. Dzięki pozyskiwaniu elementów Antaresa od tak niecodziennych poddostawców jest możliwe utrzymać jego relatywnie niską cenę i uczynić rakietę komercyjnie atrakcyjną.

 

Ostatnie tchnienie radzieckiego planu

Główne silniki Antaresa mają bardzo niecodzienną historię. Formalnie nazywają się AJ-26 i odpowiada za nie amerykańska firma Aerojet, zajmująca się produkcją silników rakietowych od II wojny światowej. W rzeczywistości Amerykanie mocno posiłkują się technologią poradziecką w formie silnika NK-33, który został zaprojektowany na przełomie lat 60. i 70. przez biuro konstrukcyjne Kuzniecowa.

NK-33 miał stanowić napęd ulepszonej radzieckiej rakiety księżycowej N-1. Cały program zatknięcia czerwonego sztandaru na Srebrnym Globie zakończył się jednak klęską po czterech widowiskowych katastrofach podczas próbnych lotów. Kiedy USA wygrały wyścig na Księżyc Kreml nakazał zniszczyć wszystkie ślady po wizerunkowej porażce. Oznaczało to też zezłomowanie niemal 200 wyprodukowanych już silników NK-33, których nie zdążono do czegokolwiek wykorzystać.

Grupa urzędników związanych z biurem Kuzniecowa sprzeciwiła się odgórnemu rozkazowi i 150 silników ukryto w magazynie, gdzie stały zapomniane do rozpadu ZSRR. Na początku lat 90. zostały zakupione przez przedstawicieli Aerojet, którzy podobnie jak przedstawiciele wielu innych amerykańskich firm, przeczesywali upadłe imperium w poszukiwaniu wartościowych technologii.

Amerykańska korporacja zmodernizowała poradzieckie silniki wymieniając elektronikę i większość systemów sterowania. W takiej „odświeżonej” formie są oferowane jako relatywnie tani napęd o bardzo dobrych charakterystykach. Katastrofa Antaresa może jednak być źródłem poważnych problemów dla AJ-26, bowiem w maju taki sam silnik eksplodował podczas testów. Jak zapewnia Aerojet problem zidentyfikowano i usunięto. Jednak jeśli okaże się, że w rakiecie Orbital Sciences zawiódł napęd, to będzie to znaczący cios dla wizerunku AJ-26.

 

Ukraiński wkład

Wina nie musi jednak leżeć po stronie silników, ale na przykład otaczającego je pierwszego stopnia rakiety. Został on zaprojektowany i zbudowany w ukraińskim Dniepropietrowsku, gdzie w czasach ZSRR umieszczono jedno z głównych centrów produkcji wojskowych rakiet międzykontynentalnych. Po rozpadzie imperium Ukraińcy starają się wykorzystać swoją wiedzę do celów cywilnych.

Biuro konstrukcyjne Jużnoje nie ma dość pieniędzy i doświadczenia, aby samodzielnie tworzyć całe rakiety kosmiczne i je wystrzeliwać na orbitę. Dlatego Ukraińcy działają głównie jako poddostawcy. Współpracują z Amerykanami i Rosjanami. Produkują między innymi większą część rodziny rakiet Zenit, oraz teraz feralnego Antaresa.

W Dniepropietrowsku powstają tak zwane „stopnie”, czyli całe elementy rakiet składające się ze zbiorników paliwa, systemów jego przesyłania do silników, elektroniki kontrolującej ten proces i szeregu innych części. W całości są transportowane morzem do USA. Tam łączy się je z resztą rakiety i testuje.

Ukraińcy mają dobre wyniki. Ich flagowe dzieło, dwa z trzech stopni rakiety Zenit-3SL odpalanej z platformy zakotwiczonej na Pacyfiku, ma przyzwoitą niezawodność. Na 32 starty katastrofą zakończyły się trzy, co daje akceptowalny wynik ponad 90 procent udanych lotów.

Polecane: