Na świecie żyje ich co najmniej 60 milionów. Pracują po 60, 80, niekiedy nawet 100 godzin tygodniowo. Dyspozycyjni 24 godziny na dobę, o urlopie czy jakichkolwiek świadczeniach mogą jedynie pomarzyć. Przez swoich pracodawców nazywani „służbą”, ewentualnie „pomocą domową”, w rzeczywistości są XXI-wiecznymi niewolnikami. 

Alem Dechasa-Desisa urodziła się w etiopskiej wiosce nieopodal Addis Abeby. W grudniu 2011 roku, w wieku 33 lat, za pośrednictwem libańskiej agencji pracy przyjechała do Bejrutu. Przez miesiąc pracowała jako służąca, ale została odesłana z powrotem do agencji z powodu „problemów komunikacyjnych”. Za przepracowany miesiąc nie dostała ani funta. U kolejnego pracodawcy zabawiła tylko kilka dni. Gdy po raz drugi została zwolniona, pośrednik pobił ją i zagroził, że odeśle do Etiopii. Dwa razy nawet próbował to zrobić, ale Alem krzyczała i szarpała się tak, że musiał zawrócić z drogi na lotnisko. Zrozpaczona kobieta próbowała się zabić, pijając wybielacz.

24 lutego 2012 roku anonimowy przechodzień zarejestrował kamerą dwóch mężczyzn okładających pięściami czarnoskórą kobietę przed konsulatem Etiopii. Nagranie trafiło do internetu, a po dwóch tygodniach zostało wyemitowane przez telewizję LBCI.

Reporterom stacji udało się zidentyfikować jednego ze sprawców. Był nim Ali Mahfouz, brat właściciela biura pośrednictwa pracy, w którym zatrudniona była Alem. Oprawca zamiast do aresztu trafił do studia telewizyjnego, jego ofiara zaś do szpitala psychiatrycznego. Tam 14 marca Alem powiesiła się na prześcieradle. Osierociła dwójkę dzieci.

Krzyki Alem i jej tragiczną historię usłyszały setki tysięcy Libańczyków. Jednak rozpaczliwe wołanie o pomoc milionów pracowników domowych dzielących jej los nie ma szans przedostać się za drzwi luksusowych apartamentów i rozległych posesji. W wielu miejscach na świecie służący żyją w opłakanych warunkach, pracują wręcz niewolniczo, cierpią w milczeniu. Są ich co najmniej 53 miliony, nie licząc dzieci poniżej 15 roku życia. I nie mają absolutnie żadnych praw.

Od stu lat to samo?

Ponad sto lat temu Isaac M. Rubinow, ekonomista i czołowy teoretyk ubezpieczeń społecznych, zauważał: „Jako że większość możliwości zatrudnienia jest zamknięta dla obcokrajowców, nawet anglojęzycznych, prawie co druga kobieta zmuszona jest zostać służącą”. W owym czasie w amerykańskich domach posługiwali głównie przybysze z Irlandii, Niemiec i Szwecji. Zatrudniano ich chętniej niż rodowitych Amerykanów, bo byli gotowi pracować dłużej, za niższe stawki i na warunkach korzystniejszych dla pracodawcy.

Wyniki pierwszego raportu Międzynarodowej Organizacji Pracy na ten temat, opublikowanego na początku stycznia, nie pozostawiają cienia wątpliwości: w ciągu minionego stulecia niewiele się zmieniło. Jeśli już, to na gorsze, bo pogłębiająca się przepaść między bogaczami a biedakami sprawia, że ci pierwsi coraz chętniej zatrudniają służących jako atrybut ich zamożności i pozycji społecznej, ci drudzy zaś coraz częściej decydują się usługiwać im, byleby tylko jakoś przetrwać. Tę tendencję jak na dłoni pokazują liczby – w połowie lat 90. służących na świecie było około 33 milionów, dziś jest ich o 20 milionów więcej. Jedyna zmiana polega właściwie na tym, że obecnie zagłębiami pomocy domowych są rozwijające się kraje Azji i Ameryki Łacińskiej (odpowiednio 41 i 37% światowej populacji służących), nie zaś rozwinięte państwa Zachodu.

To właśnie w tych kierunkach zastępy migrantów, ledwo wiążących koniec z końcem (lub nie wiążących go wcale), ciągną bądź to z prowincji do metropolii, bądź ze swych ubogich ojczyzn do bogatszych krajów sąsiednich. Nieznający języka, słabo wykształceni, nieświadomi swoich praw, lądują często w bogatych domostwach, gdzie pracują jako służący, pokojówki, opiekunki dzieci i osób starszych, kucharze i ogrodnicy.

W zamian za wikt, opierunek i niższą od oficjalnych stawek pensję, pracują od świtu do nocy. W dodatku „na gębę”, bo najczęściej nie są podpisywane żadne umowy, a pracownicy nawet nie widzą zarobionych pieniędzy na oczy. Żyją w urągających godności ludzkiej warunkach, a jeśli nie spełniają oczekiwań, zdarza się, że nie otrzymują jedzenia. O urlopie czy chociażby wolnym dniu mogą jedynie pomarzyć. Nierzadko stają się wręcz niewolnikami pracodawców, którzy zabierają im paszporty, uniemożliwiając ucieczkę, obrażają, biją, wykorzystują seksualnie.

Śmierć w niewyjaśnionych okolicznościach

Poza organizacjami humanitarnymi po ich stronie nie staje nikt. W „centrach treningowych” w Kambodży, jednym z głównych źródeł taniej siły roboczej, przechodzą co najmniej trzymiesięczne przygotowanie do wyjazdu za chlebem do Malezji. Są pozbawieni dostępu do opieki medycznej, nierzadko także pożywienia i wody. Jeden ze szkolonych w nich mężczyzn powiedział w rozmowie z Human Rights Watch, że dwie kobiety próbowały popełnić tam samobójstwo po tym, jak odmówiono im możliwości powrotu do domu. – (…) Powiedzieli nam, że jeśli spróbujemy popełnić samobójstwo, zamkną nas w więzieniu. Powiedzieli też, żebyśmy nie ważyli się uciekać. Nawet, jeśli by się nam to udało, znajdą nas i tak czy owak wyślą do Malezji – relacjonował mężczyzna.

O dramacie tej grupy zawodowej świadczą dane zgromadzone przez HRW. W samym tylko Libanie jest około 200 tysięcy służących, głównie ze Sri Lanki, Etiopii, Filipin i Nepalu. Ich status nie jest w żaden sposób regulowany, a sytuację prawną pogarsza fakt, że często są nielegalnymi imigrantami. Dlatego ich pracodawcy mogą sobie pozwolić na niemal całkowitą bezkarność. – Rząd już dawno temu powinien wprowadzić mechanizmy ochronne, by położyć kres szerzącym się nadużyciom wobec służących i zmniejszyć ich śmiertelne żniwo w kraju – zaapelował Nadim Houry, dyrektor HRW ds. Bliskiego Wschodu i Północnej Afryki. Jak bowiem naliczyła organizacja, średnio raz w tygodniu ginie w niewyjaśnionych okolicznościach jeden pracownik domowy – najczęściej w wyniku samobójstwa lub upadku z wysokiego piętra.

Ofiarami są głównie kobiety. To one stanowią zdecydowaną większość w tej grupie zawodowej (według MOP 83%, a więc co najmniej 44 miliony), ale oprócz wyzwisk i przepracowania ponad siły spotykają się molestowaniem seksualnym.

Obok psiej budy…

25-letnia Sarah (imię zmienione), urodzona w Kambodży, przez półtora roku pracowała w Malezji jako pomoc domowa. Pracodawczyni miała w zwyczaju surowo ją karać, odmawiając jej jedzenia czy rozkazując spać na dworze, obok psiej budy. Biła ją też po twarzy sprzączką od paska i kazała klęczeć pokornie, gdy kopała ją butami na obcasach. Przewinieniami Sarah były na przykład źle złożone ręczniki czy zbyt wczesne pójście spać. Nawet jeśli wykonała wszystkie polecenia, nie wolno jej było skończyć pracy przed północą, mimo iż zaczynała ją o piątej rano. Sąsiad, który widział coraz to nowsze siniaki na ciele kobiety, zaalarmował Tenganitę, pozarządową organizację działającą na rzecz kobiet, migrantów i uchodźców. Dzięki jej pomocy Sarah została uwolniona. Nigdy jednak nie dostała ani ringgita za swoją pracę.

W ciągu ośmiu miesięcy Tenganita otrzymała blisko 200 zgłoszeń od służących pracujących w Malezji. Wszystkie zostały pozbawione paszportów, pracowały bez umowy i nie przysługiwał im nawet dzień wolny od pracy; w większości przypadków nie otrzymywały pensji, były za to bite i poniżane. Czasem musiały pracować na dwa etaty – w domu „u państwa” oraz ich firmach – a także nie otrzymywały jedzenia. – Kambodża chętnie promuje migrację zarobkową, ale niechętnie udziela nawet najbardziej podstawowego zabezpieczenia migrującym kobietom i dziewczynkom – uważa Jyotsna Poudyal, pracownik naukowy ds. praw kobiet w HRW.

Jednak do nadużyć dochodzi nie tylko w krajach trzeciego świata, ale i bardziej „cywilizowanych” państwach Zachodu. 53-letnia Patricia, imigrantka z Trynidad i Tobago, która przez kilka lat pracowała w Nowym Jorku jako opiekunka kilkuletniej dziewczynki, również doświadczyła nadużyć ze strony jej rodziców. – Ta mała jest cudownym dzieckiem. Pracowałam przez lata tylko ze względu na nią, mimo iż usłyszałam wiele obelg ze strony moich pracodawców – powiedziała w rozmowie z „New York Daily News” podczas demonstracji na Wall Street.

– Pomoce domowe troszczą się o nich, ich ukochanych i najbardziej wartościowe elementy w ich życiu, ale są wykorzystywane i źle traktowane – dodała Jocelyn Gill-Campbell, była niania zrzeszona w Domestic Workers United, największej organizacji pomocy domowych w Nowym Jorku.

Patricia odeszła z pracy, gdy jej szef, filmowiec Matthew Mazer, uderzył ją w twarz. Na podobny „luksus” nie mogą sobie jednak pozwolić jej koleżanki po fachu w innych regionach świata, gdzie praca w charakterze służącej czy opiekunki do dzieci jest nierzadko jedyną ich szansą na zarobek. Co piąta kobieta na Bliskim Wschodzie i co szósta w Ameryce Łacińskiej jeśli w ogóle pracuje, to właśnie jako pomoc domowa. Często zaczynają już w dzieciństwie.

Na barkach dzieci

Human Rights Watch co rusz alarmuje, że w wielu regionach świata już kilkuletnie dzieci pracują, nie mając żadnego dostępu do edukacji. Chociaż MOP w swoim najnowszym raporcie nie uwzględnia dzieci poniżej 15 roku życia, według szacunków organizacji około 15,5 miliona nieletnich dźwiga ciężar utrzymania samych siebie, a niekiedy – całych rodzin. Co piąte z nich nie ukończyło 11 roku życia.

W Maroko kilkulatkowie pracują po 12 godzin na dobę, siedem dni w tygodniu. Gros z nich to dziewczynki, które padają ofiarami bicia i molestowania seksualnego. I to mimo iż w ciągu ostatniej dekady rząd w Rabacie wprowadził szereg zmian prawnych, regulujących pracę nieletnich i dostęp do edukacji. – Dziewczynki są wykorzystywane i zmuszane do wielogodzinnej pracy za ekstremalnie niskie wynagrodzenie – mówi Jo Becker z Wydziału Praw Dzieci HRW. Z 20 dziewczynek, do których dotarła organizacja, 15 zaczęło pracę nim skończyły 12 lat. Wszystkie były wykorzystywane przez pracodawców: bite rękoma, paskami, drewnianymi pałkami, butami albo plastikowymi rurami, a także molestowane seksualnie.

Pochodzą z biednych wiejskich terenów, większość nigdy nie uczęszczała do żadnej szkoły, jedynie kilka ukończyło trzy pierwsze klasy szkoły podstawowej. Gdy do wiosek, w których mieszkały z rodzinami, zajechali pośrednicy pracy, ich rodzice myśleli, że złapali Pana Boga za nogi. Obiecywano im w końcu złote góry. Na miejscu okazało się, że czeka je dramat. – Nie mam nic przeciwko temu, żeby pracować, ale bycie bitą i nie otrzymywanie wystarczających porcji jedzenia jest najtrudniejsze – wyznała w rozmowie z HRW nastolatka, która pracowała bez przerwy od szóstej rano do północy i była regularnie bita przez swoich pracodawców.

– Pracując w prywatnych domach, wiele z tych dziewcząt cierpi w straszliwych warunkach, ale nie ma pojęcia, gdzie zwrócić się po pomoc – wyjaśnia Becker. Chociaż odsetek pracujących w Maroko dzieci zmniejszył się w ciągu ostatniej dekady, sytuacja wciąż jest alarmująca. Inspektorzy pracy nie mają prawa wstępu do prywatnych mieszkań, nie mogą więc zweryfikować, czy pracują w nich nieletni. Rzadko zdarza się, by pracodawca, wykorzystujący dziecko, został postawiony w stan oskarżenia, a jeszcze rzadziej – by nałożono na niego grzywnę.

W równie silnie dotkniętej problemem dziecięcej pracy Kambodży jest tylko nieco lepiej. We wrześniu 2011 roku menadżer agencji rekrutacyjnej VC Manpower został skazany na 13 miesięcy pozbawienia wolności za przetrzymywanie nieletnich pracowników. I na tym koniec, bo z całej rzeszy oskarżonych o podobne nadużycia pośredników, wyroku nie usłyszał nikt więcej.

Precedensowa konwencja

Po ponad 90 latach od utworzenia MOP, powołanej do zajmowania się problemami pracowniczymi, pojawiło się wreszcie światełko w tunelu dla służących, dryfujących dotychczas na obrzeżach globalnych regulacji prawnych. W czerwcu 2011 roku, podczas setnej konferencji, organizacja przyjęła Konwencję nr 189 dotyczącą pracowników domowych (Domestic Workers Convention). Jako pierwszy dokument w historii, oficjalnie przyznaje ona służącym prawa, w tym ochronę przed wszelkimi formami nadużyć, molestowania i przemocy, uczciwe warunki zatrudnienia, godziwe warunki życia, prawo do zachowania dokumentów identyfikacyjnych oraz płacę minimalną. Jak dotąd ratyfikowały ją jedynie trzy kraje: Urugwaj, Filipiny i Mauritius.

Choć konwencja stanowi precedens, nie rozwiązuje problemu. Jej wejście w życie (co nastąpi w sierpniu bieżącego roku) i ratyfikacja przez kolejnych członków MOP muszą być podparte zakrojoną na szeroką skalę kampanią społeczną i skoordynowanymi działaniami służb publicznych. Jak przekonuje bowiem Glorene A. Das z Tenganity, „większość pracodawców nie zna swoich obowiązków ani praw pracowników. W ich mentalności pracownik jest ich niewolnikiem”.

W przeciwnym wypadku może się okazać, że pracownicy domowi z szarej strefy zostaną zepchnięci jeszcze dalej, w czarną otchłań.

 

 

Źródło: Witrtualna Polska

Polecane: