Ściśle tajny amerykański program szpiegowski PRISM daje amerykańskiemu wywiadowi dostęp do danych zgromadzonych na serwerach największych firm internetowych. Praktycznie każda osoba korzystająca z sieci może zostać „prześwietlona”. Co najważniejsze, w świetle prawa USA cały proceder jest legalny.

Skąd wiemy o PRISM?

Informacje na temat PRISM ujrzały światło dzienne w ostatnich dniach dzięki Edwardowi Snowdenowi, technikowi komputerowemu pracującemu dla podwykonawcy NSA, agencji amerykańskiego wywiadu odpowiedzialnej za zdobywanie informacji spoza granic USA drogą elektroniczną.

Snowden twierdzi, że był przerażony skalą inwigilacji prowadzonej przez władze Stanów Zjednoczonych i zdecydował się zdradzić ścisłe tajemnice, jednej z najbardziej skrytych agencji wywiadu USA.

29-latek skopiował szereg tajnych materiałów i przekazał je mediom, co doprowadziło do wybuchu wielkiej afery. Jednak czym właściwie jest PRISM i w jaki sposób władze USA mogą bez problemu podejrzeć informacje, które każdy z nas powierza szeregowi wielkich firm internetowych?

Głównym źródłem informacji na temat PRISM jest prezentacja na jego temat przygotowana na potrzeby wewnętrzne NSA, którą wykradł Snowden. Dzienniki „Guardian” i „Washington Post” opublikowały jedynie kilka slajdów, które i tak pozwalają stwierdzić, że PRISM jest programem na wielką skalę i o znacznych możliwościach.

Jakie dane są prześwietlane?

PRISM ma dostęp do serwerów następujących firmy: Microsoft (od 2007 roku), Yahoo (od 2008 roku), Google, Facebook, PalTalk (wszystkie od 2009 roku), YouTube (2010), Skype, AOL (obie od 2011 roku) i Apple (koniec 2012 roku). Z dużych firm dotychczas skutecznie oparł się jedynie Twitter. Firma Dropbox ma być na liście firm, które są obiektem „zainteresowania” władz i niedługo może dołączyć do PRISM.

Program daje agentom NSA praktycznie nieograniczony dostęp do danych zgromadzonych na serwerach tych firm. Na przykład mogą przeczytać nasze e-maile zgromadzone w Gmail (należącym do Google’a), przejrzeć wszystko co umieściliśmy na Facebooku, podsłuchać rozmowę przez Skype, zbadać historię filmików oglądanych na YouTube czy otworzyć wszystkie pliki, które umieściliśmy „w chmurze” na serwerach Microsoftu czy Google. Oznacza to niemal totalną kontrolę nad naszą aktywnością w sieci i dostęp do wszystkich prywatnych danych, które w niej umieściliśmy przy pomocy „współpracujących” firm.

Slajd z opisem danych, które mogą dostać agenci NSA. Np. emaile, zapisy rozmów prowadzonych przez sieć, filmy, zdjęcia, pliki umieszczone „w chmurze” i wiele innych.

Jak działa PRISM?

PRISM przeszukuje olbrzymie ilości danych na serwerach wymienionych firm posługując się słowami kluczami. Gdy znajdzie coś „interesującego” sprawa trafia do nadzorującego działanie programu agenta NSA, który może ściągnąć interesujący plik czy rejestr rozmowy. Oznacza to, że jeśli na przykład w e-mailu wysłany do kolegi przy pomocy Gmail użyjemy słowa „zamach” to jest szansa na to, iż zostanie on też przeczytany przez kogoś z wywiadu USA.

Slajd potwierdzający, że PRISM służy do sięgania po dane zapisane na serwerach firm internetowych. Agenci mają do dyspozycji też inne programy, które na bieżąco monitorują ruch w sieci.

Czy to jest legalne?

Cały ten proceder jest w świetle amerykańskiego prawa legalny. W 2007 roku w życie weszła ustawa „Protect America”, która umożliwia elektroniczne szpiegostwo w internecie bez uzyskiwania zezwoleń sądowych jeśli „istnieje racjonalne prawdopodobieństwo”, że szpiegowana osoba jest obcokrajowcem.

 

Wobec tego agenci NSA mają nakaz ocenić prawdopodobieństwo, czy plik który chcą pobrać z serwera, nie należy do obywatela USA. Jeśli ich zdaniem szanse wynoszą 51 procent lub więcej, to mają wolną rękę. Czasem w sieć mają być łapani Amerykanie, ale jak napisano w prezentacji „nie jest to powód do obaw”.

Drugim elementem legalizacji całego procederu jest prawo z 2008 roku, które uniemożliwia pozywanie firm za udostępnienie władzom żądanych informacji. Współpraca z NSA jest więc dla internetowych gigantów bezpieczna.

Co dalej po ujawnieniu?

Wszystkie firmy wymienione w prezentacji NSA oficjalnie zdecydowanie zaprzeczyły współpracy. Dziennikarze „Guardiana” sugerują, że przedstawiciele koncernów niekoniecznie mijają się z prawdą, a władze USA zdobyły dostęp do ich serwerów bez wiedzy większości pracowników oraz kadry zarządzającej. Jest też możliwe, że PRISM nie potrzebuje niczyjej zgody do działania.

Charakterystyczne jest to, że przez kilka dni od ujawnienia sprawy reakcja władz USA jest minimalna. Nie było żadnych przeprosin czy wyrażenia skruchy, jedynie usprawiedliwianie i obrona. Informacje zbierane przez PRISM mają mieć olbrzymie znaczenie dla wywiadu USA, co otwarcie przyznał James Clapper, nadzorujący działanie amerykańskich agencji szpiegowskich. Nie ma informacji o ewentualnym zaniechaniu programu.

 

Co ciekawe, działanie PRISM kosztuje rocznie tylko 20 milionów dolarów. Przy wydatkach USA na ogólnie pojęte bezpieczeństwo, które wynoszą rocznie ponad pół biliona dolarów, to suma niemal „groszowa”, zwłaszcza biorąc pod uwagę wielkie ilości pozyskiwanych przez program informacji.

Biorąc pod uwagę korzyści jakie PRISM daje władzom USA, jest bardzo prawdopodobne, że program nie zniknie, a co najwyżej otrzyma inną nazwę i zostanie uszczelniona kontrola informacji na jego temat. Otwartym pytaniem pozostaje też to, czy pomimo swej kontrowersyjności istnienie takich programów jak PRISM nie jest konieczne z punktu widzenia ochrony obywateli przed zagrożeniami terrorystycznymi.

 

Źródło: tvn24.pl, Guardian, Washington

 

Polecane: