Kosztowna katastrofa największej rosyjskiej rakiety nośnej Proton-M prawdopodobnie została spowodowana przez źle dopięte kable. Rakieta wystartowała chwilę za wcześnie i od początku „myślała”, że jest w sytuacji awaryjnej. Sama celowo rozbiła się.

Ważący 700 ton Proton-M z trzema satelitami systemu nawigacji GLONASS rozbił się we wtorek nad ranem na kosmodromie Bajkonur. Po starcie rakieta gwałtownie zeszła z kursu i przeleciała po łuku na odległość około 2,5 kilometra od wyrzutni, po czym eksplodowała i wbiła się w ziemię.

Krater, który powstał po wybuchu niemal 300 ton wysoce toksycznego paliwa, ma prawie 200 m średnicy. Na szczęście nikt nie ucierpiał.

 

Problem z kablami

Trzy dni po katastrofie prowadzący dochodzenie technicy mieli przebadać już większość danych telemetrycznych, które do kontroli naziemnej przesyłały automatycznie systemy rakiety. Jak podają rosyjskie media, powołując się na przecieki z korporacji Chruniczewa budującej Protony, z analizy wyłania się jasny obraz.

Wszystkiemu ma być winny źle zamontowany panel łączący wiązki kabli, biegnące od kontroli naziemnej do rakiety. Normalnie odczepia się on w momencie startu, kiedy silniki zaczynają już unosić rakietę. Utrata bezpośredniego kontaktu z kontrolą naziemną jest sygnałem dla komputera nawigacyjnego, że ma przejąć kontrolę nad lotem.

W wypadku feralnego startu, panel z nieznanych przyczyn odłączył się sam, około pół sekundy wcześniej niż powinien. Mogło się do tego przyczynić wadliwe zamontowanie, co przy gwałtownym wzroście wibracji po zapłonie silników doprowadziło do awarii.

Przedwczesny i za krótki lot

Nieoczekiwanie pozbawiony kontaktu z ziemią, ale nadal stojący na stanowisku startowym Proton sklasyfikował sytuację jako awarię i uruchomił adekwatną procedurę. Komputer rakiety gwałtownie zwiększył ciąg silników do maksimum, aby odlecieć jak najdalej od wyrzutni i rozbić się w otwartym terenie. Ostatecznie Proton-M wystartował 0,4 sekundy wcześniej niż powinien.

 

Od początku rakieta nie chciała jednak lecieć w kosmos, ale bezpiecznie rozbić się. Gwałtowne zwiększenie ciągu mogło doprowadzić też do pożaru w jednym z silników, w którym zanotowano gwałtowny wzrost temperatury ponad dopuszczalne normy.

Wszytko wskazuje więc na to, że Rosjanie stracili kolejną rakietę z tego samego powodu, czyli błędu ludzkiego lub niedostatecznej kontroli jakości. Protony latają już od pół wieku, więc ich konstrukcja jest dopracowana. Problemem pozostają ludzie.

Źródło: Russia Space Web, Ria Novosti, tvn24.pl

Polecane: