Na Alasce przypadkiem dokonano niecodziennego odkrycia. Ustępujący lodowiec odsłonił szczątki samolotu C-124, który rozbił się w 1952 roku z 52 osobami na pokładzie. Wysłani na miejsce wojskowi specjaliści szybko wydobyli szczątki ludzkie i samolotu, ponieważ istnieje ryzyko, że poruszający się lód znowu na lata pochłonie pozostałości po katastrofie.

Ślady po wypadku sprzed ponad pół wieku przypadkowo odkryła w połowie czerwca załoga śmigłowca Gwardii Narodowej, która wykonywała rutynowy lot szkoleniowy nad lodowcem Knik.

Po skonfrontowaniu informacji od gwardzistów z historią wypadków lotniczych na Alasce, okazało się, że najprawdopodobniej odkryto pochłonięte przez lodowiec szczątki C-124 Globemaster II z 1952 roku. Sprawą zajęła się specjalna jednostka amerykańskiego wojska, która zajmuje się poszukiwaniem śladów po żołnierzach zaginionych podczas działań zbrojnych lub w niewoli(Joint MIA/POW Accounting Command – JPAC). Z głównej siedziby jednostki na Hawajach wysłano specjalną drużynę śledczych.

 

50 lat w lodzie

Po przerzuceniu na lodowiec przez śmigłowce, żołnierze z JPAC założyli prowizoryczny obóz i rozpoczęli systematycznie przeszukiwać lodowiec. Na powierzchni i w głębokich lodowych rozpadlinach odkryto szereg różnego rodzaju szczątków. Początkowo śledczy chcieli pracować zgodnie z zasadami rządzącymi archeologią, czyli bardzo metodycznie i powoli. Po kilku dniach zorientowali się jednak, że nieustannie poruszający się lodowiec może szybko ponownie pochłonąć większość znalezisk leżących w rozpadlinach.

Zapadła decyzja o jak najszybszym wydobyciu na powierzchnie tego co tylko się da. Śledczy zgromadzili pokaźną ilość zarówno metalowych resztek samolotu, elementów osobistego wyposażenia lotników, jak na przykład maski tlenowe, ale przede wszystkim kości. Wszystko co udało się zgromadzić, zostanie teraz przetransportowane do głównej siedziby JPAC celem dalszych specjalistycznych badań.

 

– Część dowodów znalezionych na lodowcu łączy się z katastrofą z 1952 roku – podało wojsko w oświadczeniu. – To jednak nie eliminuje prawdopodobieństwa, że mogą to być szczątki innego samolotu. W tej okolicy rozbił się też szereg innych maszyn – dodano.

Pochłonięty przez lodowiec

Pomimo zachowania obowiązkowej rezerwy, śledczy są na tyle pewni tego co znaleźli, iż postanowili poinformować o całej akcji opinię publiczną i rodziny załogi oraz pasażerów rozbitego 60 lat temu C-124. W ten sposób uniknęli też robienia nadziei bliskim ofiar innych katastrof, które miały miejsce w tej samej okolicy.

W wypadku z października 1952 roku zginęły łącznie 52 osoby. Na pokładzie było 41 pasażerów i 11 członków załogi. Maszyna leciała z pacyficznego stanu Waszyngton do Anchorage na Alasce. Docelowo miała dotrzeć do Azji, w której właśnie toczyła się wojna koreańska. Niestety z nieznanych przyczyn samolot spadł na lodowiec Knik, około 70 kilometrów na wschód od Anchorage.

 

Wrak odnaleziono po sześciu dniach poszukiwań. Był w znacznym stopniu zniszczony, a jego części spadły w lodowe rozpadliny i zniknęły pod grubą warstwą śniegu. Nie udało się znaleźć wszystkich ciał. Ostatecznie poruszający się lodowiec pochłonął wszystkie szczątki samolotu podczas długiej zimy. Przez następne 60 lat spokojnie leżały pod lodem.

„Dla niego to nie jest jedynie ciekawa historia”

Rodziny ofiar wypadku starały się nakłonić wojsko do ponownego poszukiwania wraku, jednak bezskutecznie. – Poddałam się dopiero kilka lat temu – powiedziała gazecia „Alaska Dispatch” Tonja Anderson, której dziadek, Isaac Anderson, zginął w wypadku. – Moja babcia, gdy umierała na raka, powiedziała mi: Musisz uczynić co tylko możliwe, aby go odnaleźć – wspomina kobieta.

– Kiedy zadzwonili do mnie wojskowi, rozpłakałam się. Gdy przekazałam nowinę mojemu ojcu, on również się rozpłakał – powiedziała Anderson. – Dla niego to nie jest jedynie ciekawa historia.

 

Źródło: „Alaska Dispatch”, tvn24.pl

Polecane: