Już wkrótce testy antydopingowe mogą stać się prostsze, tańsze i szybsze. To otwiera drogę do częstszych kontroli i może znacznie utrudnić nieuczciwym sportowcom nielegalne wspomaganie organizmu. Zapowiadają to na łamach czasopisma „Bioanalysis” naukowcy z Uniwersytetu Waterloo w Kanadzie. Badacze z laboratorium profesora Janusza Pawliszyna zapewniają, że kropla krwi lub moczu wystarczy do wykrycia stu zabronionych substancji w stężeniu nawet tak małym, jakie odpowiada rozpuszczeniu kostki cukru w olimpijskim basenie.

Autorzy metody informują, że przeciętny czas analizy próbki udało im się skrócić z 30 minut do około 55 sekund. Przy pełnej automatyzacji można liczyć, że w przyszłości spadnie nawet do 10 sekund. To wystarczająco szybko, by móc codziennie zbadać każdego, uczestniczącego w Igrzyskach Olimpijskich, sportowca – podkreśla dr Germán Augusto Gómez-Ríos z Pawliszyn Research Group na UW. Jeśli będą wiedzieć, że są pod stałym nadzorem, dwa razy zastanowią się zanim podejmą próbę oszustwa. Nowa metoda jest równocześnie znacznie tańsza od dotychczasowych. Koszt pojedynczej analizy może spaść z 20 do 100 dolarów, do zaledwie kilku.

Nowa metoda opiera się na opracowanej jeszcze w latach 90. przez prof. Janusza Pawliszyna metodzie mikroekstrakcji na fazie stałej (SPME). Posługujemy się tą metodą z wykorzystaniem różnych powierzchni, dopasowanych do konkretnej próbki – mówi w rozmowie RMF FM prof. Pawliszyn. Dzięki niej możliwe jest zagęszczenie interesujących badaczy związków tak, by było można je z pomocą spektroskopii masowej wykryć. Dotyczy to wszystkich cząsteczek, także tych, które mogą być stosowane w celach dopingowych. W ten sposób można też zarejestrować związki, które nie są jeszcze oficjalnie uznane za doping, a dopiero później mogą stać się przyczyną dyskwalifikacji.

Prof. Pawliszyn zapowiada możliwość prowadzenia w przyszłości testów antydopingowych na zasadzie podobnej do systemów bezpieczeństwa stosowanych na lotniskach. W tamtym przypadku aparatura „odkurza” bagaże, ubranie, czy ręce pasażera i z pomocą spektroskopii ruchliwości jonów sprawdza, czy nie ma tam śladów materiałów wybuchowych, czy narkotyków. My nie badamy kurzu, ale najchętniej badalibyśmy ślinę – mówi prof. Pawliszyn, podkreślając, że takie badanie na bieżąco i przy świadkach, na przykład z pomocą specjalnego „lizaka”, nie dawałoby szans podmienienia próbek i od razu wskazywałoby na podejrzanych o doping sportowców. Ostateczne rozstrzygnięcie przynosiłoby badanie krwi lub moczu.

Naukowców czeka jeszcze ostateczne potwierdzenie, że związki chemiczne obecne w ślinie odpowiadają związkom chemicznym, które można wykryć w moczu czy we krwi. Badania pokazały już natomiast, że w przypadku samych analiz moczu metoda jest skuteczna i dokładna. Światowa Agencja Antydopingowa (WADA) ma już wyniki testów, które to potwierdzają. Prof. Pawliszyn nie sądzi jednak, by wprowadzenie nowej metody było możliwe już przed kolejnymi letnimi Igrzyskami Olimpijskimi w Tokio. Jego zdaniem, WADA musiałaby nie tylko podjęć odpowiednie decyzje, ale i zainwestować w nową aparaturę i przeszkolenie personelu. W dłuższej perspektywie przyniesie to oszczędności, ale na wstępie potrzebne są dodatkowe pieniądze. Technologia jest gotowa. Teraz pora na decyzje administracyjne.

 

 

 

Źródło: rmf24, PAP