W ciągu „najbliższych tygodni” na wody w pobliżu odległej wyspy Banksa ma dotrzeć okręt kanadyjskiej floty, który zweryfikuje twierdzenia nurka, Seana Smyrichinsky’ego. Mężczyzna twierdzi, że natknął się pod wodą na dziwny metalowy obiekt. Początkowo nie miał pojęcia co to może być i w szoku mówił o UFO. Jest jednak bardziej prawdopodobne, że to resztki bomby atomowej zgubionej przez Amerykanów w 1950 roku.

Bomba Mark IV, taka została wyrzucona z bombowca B-36

Bomba Mark IV, taka została wyrzucona z bombowca B-36

Kanadyjczyk dokonał swojego odkrycia na początku listopada w wodach okalających wyspę Banks, położonej na pacyficznym wybrzeżu Kanady w prowincji Kolumbia Brytyjska. Nurkował w okolicy, w której miał zamiar następnego dnia łowić ryby.

– Trochę oddaliłem się od swojej łodzi i natrafiłem na coś, czego nigdy wcześniej nie widziałem. Przypominało tak jakby bajgiel przecięty na pół z dużymi bolcami zamontowanymi dookoła niego – opisał swoje znalezisko w rozmowie z dziennikarzami CBC. – Kiedy tylko się wynurzyłem, zacząłem krzyczeć do załogi: „Matko Boska, znalazłem UFO! Znalazłem najdziwniejszą rzecz, jaką widziałem w życiu!” – wspominał Kanadyjczyk.

Rejon, w którym Amerykanie zgubili swoją bombę jądrową

Rejon, w którym Amerykanie zgubili swoją bombę jądrową

Raczej nie UFO, ale bomba

Po rozmowie z lokalnymi mieszkańcami uznał jednak, że bardziej prawdopodobnym źródłem znaleziska jest amerykańskie wojsko. W 1950 roku w tym regionie znajdująca się w poważnych tarapatach załoga bombowca strategicznego B-36 wyrzuciła bombę jądrową Mark IV, której nigdy później nie odnaleziono. Smyrichinsky wyszukał w sieci zdjęcia ładunku i stwierdził, że jej elementy wyglądają podobnie do tego, co widział pod wodą.

– Cóż innego może to być? Myślałem, że to UFO, ale to raczej nie to, prawda? – mówił w rozmowie z dziennikarzami. Na doniesienia CBC zareagowało kanadyjskie wojsko. Rzecznik sił zbrojnych major Steve Neta przyznał, że miejsce wskazywane przez Smyrichinsky’ego jest zbieżne z miejscem awarii B-36. Zaznaczył, że zgubiony wówczas ładunek był rozbrojony i przystosowany do ćwiczeń, czyli pozbawiony plutonowego rdzenia. W bombie były tylko normalne ładunki wybuchowe i uran. Ewentualne skażenie może być więc minimalne.

– Tak czy inaczej, chcemy wyjaśnić sytuację i mieć pewność – dodał. Flota wysłała na wody w pobliżu wyspy Banks okręt, który ma dokładnie zbadać znalezisko. Dotrze na miejsce w ciągu „najbliższych tygodni”.

 

Zgubne oblodzenie

Zagubiona bomba Mark IV była przystosowanym do produkcji seryjnej i udoskonalonym ładunkiem Fat Man zrzuconym na Hiroszimę. Wielki bombowiec B-36 z 17 osobami załogi na pokładzie przenosił ją w swoim luku bombowym w ramach dużych ćwiczeń Dowództwa Lotnictwa Strategicznego na Alasce. Maszyna wystartowała z bazy Eielsen w pobliżu Fairbanks i miała wykonać symulowany lot uderzeniowy na San Francisco, po czym udać się do bazy Fort Worth w Teksasie. Lot miał zająć 16 godzin.

Po sześciu godzinach w powietrzu załoga zaczęła mieć jednak poważne problemy. W złych warunkach pogodowych wystąpiło oblodzenie, czyli na samolocie zaczęła zamarzać woda z chmur. Prawdopodobnie z tego powodu trzy z sześciu silników odmówiły posłuszeństwa. Bez połowy napędu wielki B-36 Peacemaker nie mógł utrzymać się długo w powietrzu. Zwłaszcza, że pozostałe trzy silniki nie działały najlepiej. Obciążony bombą samolot zaczął powoli opadać. Piloci zdali sobie sprawę, że nie mają szans dotrzeć do żadnej bazy i wylądować.

Załoga postanowiła więc wyrzucić bombę, która choć nie była zdolna do wybuchu jądrowego, to zawierała około tony normalnych materiałów wybuchowych. Podczas awaryjnego lądowania lub katastrofy mogły one eksplodować i zabić załogę lub przypadkowe osoby na ziemi. Bomba poszybowała więc ku morzu w pobliżu wyspy Banks. Nie jest do końca jasne, czy załoga ustawiła ją na detonację w locie czy sama wybuchła uderzając w wodę. Nie ma informacji, aby wojsko USA przeprowadziło jakieś poszukiwania. Ryzyko skażenia uznano za nikłe, bo w bombie miał być tylko nisko wzbogacony uran. Plutonowy rdzeń miał nie zostać zamontowany do lotu treningowego.

Załoga B-36 wyskoczyła ze spadochronami nad położoną kilkadziesiąt kilometrów dalej wyspą Royal Princess. Ewakuację przeżyło 12 osób. Przed wyskoczeniem piloci nakazali autopilotowi zawrócić maszynę nad ocean, aby wpadła do wody, jednak pozbawiony ciężkiej bomby i załogi B-36 zdołał się utrzymać w powietrzu znacznie dłużej niż się spodziewali. Bombowiec zatoczył krąg i uderzył w zbocza góry Kologet. Wrak przypadkiem odnaleziono w 1953 roku podczas poszukiwań innego samolotu zaginionego w regionie.

 

Źródło: CBC News, tvn24.pl