Ruszyliśmy na pomoc i wówczas zobaczyliśmy ciała – opowiadał jeden ze świadków tragicznego w skutkach wybuchu paniki w czasie żydowskiego święta Lag Ba-Omer na górze Meron. – To była tragedia, ludzie się przewracali, deptali nawzajem – relacjonował jeden z uczestników uroczystości. – Radość zamieniła się w żałobę, światło w głęboką ciemność – mówił pielgrzym o imieniu Icchak. Zginęły co najmniej 44 osoby, a wiele innych zostało rannych.

W czasie uroczystości związanych z żydowskim świętem Lag Ba-Omer, które odbywały się na górze Meron w północnym Izraelu, wybuchła panika, w wyniku której co najmniej 44 osoby poniosły śmierć, a ponad setka została ranna. Według niektórych źródeł w uroczystościach ku czci rabina Szymona Bar Jochai, mędrca i mistyka z II wieku, który został pochowany na górze Meron, mogło wziąć udział od kilkudziesięciu, do nawet 100 tysięcy osób, głównie ortodoksyjnych żydów. Uroczystości mają tradycyjnie radosny charakter. Zebrani świętują w rytmie muzyki, tańczą, śpiewają i skaczą.

Nie jest jasne, co było przyczyną tragedii. Początkowe doniesienia mówiły o zawaleniu się jednej z trybun, jednak według służb ratowniczych i policji przyczyną było przepełnienie widowni. „Times of Israel”, powołując się na przedstawiciela policji, podał, że dziesiątki uczestników poślizgnęły się, spadając na ludzi stojących niżej, co wywołało „efekt domina”.

„Radość zamieniła się w żałobę”

36-letni Shlomo Katz opowiadał, że czekał na swoich przyjaciół, gdy doszło do tragedii. – Mieliśmy zamiar wejść do środka [na uroczystości – przyp. red.], by tańczyć i się bawić, gdy zobaczyliśmy ratowników medycznych biegnących obok – powiedział. Jak dodał, wkrótce – „jedna po drugiej” – zaczęły nadjeżdżać karetki. – Wtedy zrozumieliśmy, że coś się tu stało – powiedział.

– Myśleliśmy, że może został podniesiony alarm w związku z podejrzanym pakunkiem. Nikt nie wyobrażał sobie, że może tu dojść do czegoś takiego. Radość zamieniła się w żałobę, światło w głęboką ciemność – mówił pielgrzym o imieniu Icchak, którego cytowała agencja Reutera.

19-letni Chaim Cohen był wśród tłumu pielgrzymów. – Zaczęło się od kilku biegających medyków. Później było zamieszanie, policja, krzyki, wielki bałagan. Pół godziny później wyglądało to jak obraz po ataku bombowym. Wielu ludzi wynoszono stamtąd na noszach – relacjonował agencji Reutera.

– To wszystko stało się w ułamku sekundy. Ludzie się przewracali, deptali się nawzajem. To była tragedia – mówił inny świadek, w rozmowie z BBC.

„Było tłoczno. Ludzie zaczęli upadać”

Mężczyzna o imieniu Avi próbował pomagać poszkodowanym. – Siadałem właśnie do posiłku, gdy usłyszałem krzyki. Ruszyliśmy na pomoc i wówczas zobaczyliśmy ciała. Na początku było ich około dziesięciu. Teraz jest znacznie więcej – powiedział w rozmowie z dziennikiem „Haaretz”.

Inny z uczestników, z którym skontaktowali się dziennikarze BBC, zwrócił uwagę, że na uroczystościach „było tłoczno i nie było miejsca, żeby się poruszyć”. – Ludzie zaczęli upadać, wielu z nich padało – mówił.

– Około tysiąca osób w jednym momencie próbowało opuścić tę bardzo niewielką przestrzeń, bardzo wąskimi przejściami i po prostu zaczęli na siebie upadać – potwierdził reporter portalu Behadrei Haredim, Yanki Farber.

Rzecznik policji wskazał, że w tym roku organizatorzy przewidzieli miejsce dla takiej samej liczby pielgrzymów co w latach poprzednich, jednak cały obszar został poprzedzielany barierkami, jako środek ochronny w związku z pandemią COVID-19. Dwóch świadków, których cytował „Haaretz”, mówiło, że barierki utrudniały zebranym wyjście i potęgowały zatłoczenie.

 

Źródło: „Haaretz”, BBC, Reuters, PAP
0 0 votes
Article Rating