Po ponad sześciu od wypadku na pokładzie atomowego okrętu podwodnego Jekaterynburg rosyjski minister obrony przyznał, że było blisko od trudnej do wyobrażenia katastrofy. Siergiej Szojgu potwierdził w wywiadzie, że kiedy na pokładzie zacumowanej w stoczni jednostki wybuchł pożar, były na niej rakiety balistyczne i torpedy. Wcześniej nieoficjalne informacje na ten temat podawały rosyjskie media, pisząc, że było „blisko katastrofy niewidzianej od czasu Czarnobyla„.

Chodzi o wypadek z grudnia 2011 roku, kiedy atomowy okręt podwodny Jekaterynburg stał w stoczni pod Murmańskiem, przechodząc powierzchowne naprawy. Spawacze zaprószyli ogień. Płomienie szybko przeniosły się na okręt, który płonął przez siedem godzin. Sytuację udało się opanować dopiero po jego częściowym zatopieniu wraz z dokiem, w którym stał.

Bezpośrednio po wypadku rosyjskie władze zapewniały, że nikomu nic się nie stało i nie doszło do wycieku promieniotwórczego. Okręt miał być nieuzbrojony, ponieważ „zgodnie z procedurami” zdjęto z niego całe uzbrojenie przed wysłaniem do stoczni. Jednak już niedługo po wypadku niektóre rosyjskie media pisały, iż na pokładzie okrętu były rakiety balistyczne z głowicami termojądrowymi oraz kilkanaście torped, w tym część również z ładunkami atomowymi.

 

Pierwszy trudny moment dla Szojgu

Teraz jest już pewne, że zapewnienia o braku uzbrojenia na pokładzie były kłamstwem. Przyznał to sam Szojgu w wywiadzie dla gazety „Kommiersant”. Zapytany o wydarzenia podczas jego pracy na stanowisku ministra obrony, które najbardziej zapadły mu w pamięć, jako pierwsze wymienił pożar na Jekaterynburgu. – Zapamiętam to do końca życia – stwierdził Szojgu. Do wypadku doszło sześć dni po objęciu przez niego stanowiska. Dowiedział się o pożarze z telewizji, kiedy był wieczorem w domu.

Szojgu opisuje, jak pośpiesznie wrócił do ministerstwa i zorganizował sztab kryzysowy. Do stoczni pod Murmańskiem w środku nocy wysłano zespół najlepszych specjalistów, który mieli pomagać w opanowaniu sytuacji. – Przecież z okrętu nie wyładowano amunicji przed wysłaniem go na naprawy. Na pokładzie były torpedy i standardowe rakiety balistyczne – przyznaje w wywiadzie Szojgu.

Potem podkreśla, jak poważna była sytuacja. – Po nowym roku osobiście odwiedziłem K-84 (oznaczenie okrętu Jekaterynburg – red.) i dziękowałem pracownikom stoczni, którzy ratowali go i nas wszystkich przed śmiertelnie poważnymi konsekwencjami. Taki był mój chrzest ognia – powiedział dziennikarzowi Szojgu.

 

Bardzo groźny pożar

W całej narracji kluczowe jest to, że na pokładzie K-84 było wspomniane uzbrojenie. Formalnie procedury i porozumienia międzynarodowe nakazują jego wyładowanie przed wysłaniem do stoczni. Tym razem jednak najwyraźniej tego nie zrobiono. Jak pisze zajmujący się rosyjską bronią strategiczną analityk Pavel Plodvig na swoim blogu „Russian Strategic Forces”, okręt był już gotowy do wyjścia na patrol i wysłano go tylko na krótkie, nieplanowane naprawy kadłuba. Być może z tego powodu postanowiono zignorować procedury i nie przeprowadzać skomplikowanej operacji rozbrojenia jednostki.

Mogło się to jednak skończyć tragedią. Tygodnik „Vlast” pisał w 2012 roku, że mogła to być „katastrofa na skalę niewidzianą od awarii w Czarnobylu”. Ogień szalał głównie wokół dziobu okrętu, w którym znajduje się przedział torpedowy. W jego wnętrzu temperatura miała dojść do 60-70 stopni C. Gdyby któraś torpeda  eksplodowała, mogłoby to zapoczątkować reakcję łańcuchową. Największym zagrożeniem było 16 rakiet balistycznych Siniewa, znajdujących się kilkadziesiąt metrów dalej, w centralnej części okrętu. Są one napędzane bardzo łatwopalnym i wybuchowym paliwem ciekłym. Ich eksplozja byłaby kataklizmem.

 

Trudne do przewidzenia skutki

W najgorszym scenariuszu w środku szalejącego pożaru i eksplozji znalazłoby się kilkadziesiąt głowic termojądrowych zamontowanych w rakietach i w torpedach, a także dwa reaktory napędzające jednostkę. Jest bardzo mało prawdopodobne, aby doszło do wielkiej eksplozji jądrowej, ponieważ głowice mają kilka poziomów zabezpieczeń przed zainicjowaniem w takiej sytuacji reakcji łańcuchowej.

Niezależnie od tego w środku szalejącego żywiołu byłoby co najmniej kilkaset kilogramów materiałów promieniotwórczych w postaci plutonu i uranu. Ogień i wybuchy doprowadziłyby nie tylko do skażenia bezpośredniej okolicy, ale też znacznie większego obszaru, ponieważ wraz z dymem i gorącym powietrzem do atmosfery uniosłoby się wiele groźnych pierwiastków. Podobnie jak w Czarnobylu czy Fukushimie.

Na szczęście strażakom udało się na czas opanować ogień. Według artykułu z 2012 roku we „Vlast”, kiedy tylko było to możliwe, K-84 wysłano do pobliskiej bazy, gdzie wyładowano całe uzbrojenie. Później okręt wrócił do stoczni, gdzie przez trzy lata usuwano skutki pożaru.