Czy naukowe Nagrody Nobla stały się już przeżytkiem i przynoszą nauce więcej szkody niż pożytku? Czy trzeba byłoby przemyśleć zasady ich przyznawania? Takie kontrowersyjne tezy prezentują w tych dniach naukowcy różnych specjalności. To kolejny problem z Noblami po tym, jak w ubiegłym tygodniu poinformowano o aferze związanej z ujawnieniem nazwisk siedmiu laureatów w dziedzinie literatury jeszcze przed ich ogłoszeniem. Do tej pory najwięcej kontrowersji towarzyszyło Pokojowej Nagrodzie Nobla, ale wygląda na to, że problem się rozszerza. Nie z wszystkimi tymi tezami trzeba się zgadzać, trudno oczekiwać rychłych zmian, ale nie sposób tych kontrowersji nie zauważać.

Krytykom najmniej dotąd kontrowersyjnych nagród naukowych, przyznawanych w dziedzinie medycyny lub fizjologii, fizyki i chemii, chodzi głównie o zasady przyznawania wyróżnień, choćby fakt, że nie można nagrodzić więcej niż trzy osoby. Także o to, że obecnie najczęściej przyznaje się nagrody za sukcesy sprzed 20, 30 lat. To oznacza, że Nagroda Nobla właściwie kwituje znaczenie odkrycia, które przez wiele lat zdążyło już zostać rozwinięte czy udoskonalone. W tym sensie naukowe Noble nie wskazują już nowych ścieżek, a raczej pełnią rolę notariusza. Równocześnie nadzieja na nagrodę współcześnie prowadzi raczej do konkurencji niż współpracy, bo skoro liczba laureatów jest ograniczona, a prestiż nie może spłynąć na coraz liczniejsze obecnie zespoły naukowe, to trwa wyścig, w którym nie zawsze gra się fair.

Clare Fiala i Eleftherios P. Diamandis radykalnie postulują na łamach czasopisma „Clinical Chemistry and Laboratory Medicine”, by w ogóle naukowe Nagrody Nobla porzucić na rzecz innej formy wyróżnienia, która lepiej odpowiadałaby zespołowej naturze współczesnej pracy naukowej. Przekonują, że długa kolejka naukowców pozostających do wyróżnienia sprawia, że nagrody są bardzo spóźnione i nie mają znaczenia dla tego, co w danej dziedzinie aktualnie się dzieje. Wszystko, co najważniejszego mogło z nagrodzonych odkryć wyniknąć, prawdopodobnie zostało już wymyślone i zrobione. I Nagroda Nobla nie miała na to żadnego wpływu.

Autorzy publikacji zwracają uwagę, że Nagroda Nobla jest inna niż wszystkie, prestiż z nią związany jest nieporównywalny w świecie naukowym z niczym innym. Laureaci traktowani są jako osoby wyjątkowo inteligentne i kreatywne, nie tylko w dziedzinie, za którą zostali wyróżnieni. Tymczasem wiele było przypadków, kiedy laureaci lekkomyślnie angażowali się w wątpliwe przedsięwzięcia i kampanie. Autorzy artykułu przypominają choćby Linusa Paulinga, który otrzymał Nagrodę Nobla w dziedzinie chemii w 1954 roku i Nagrodę Pokojową w 1962 roku, a pod koniec kariery zaangażował się kampanię promowania olbrzymich dawek witaminy C jako… lekarstwa na raka.

Fiala i Diamandis przekonują, że w czasach, kiedy odkryć naukowych dokonuje się w większych zespołach czy często równocześnie, choć niezależnie od siebie, towarzyszący noblowskim nadziejom wyścig o pierwszeństwo przynosi więcej szkody niż pożytku. Przypominają przy tym kontrowersje towarzyszące odkryciu nowoczesnej techniki edycji genów CRISPR. Sukces jest praktycznie pewnym kandydatem do Nagrody Nobla, tyle że nie wiadomo, któremu ze spierających się przed sądem o pierwszeństwo zespołów trzeba byłoby ją przyznać. Zdaniem autorów, z naukowym etosem, który powinien wspierać ducha współpracy, nie ma to już nic wspólnego.

Druzgocącą krytykę mechanizmów, które tworzy presja towarzysząca staraniom o odkrycie zasługujące na Nagrodę Nobla, przynosi również ukazująca się za tydzień książka „Losing the Nobel Prize”. Fizyk Brian Keating opisuje w niej wyścig po odkrycie fal grawitacyjnych, który cztery lata temu zaowocował głośnym na cały świat komunikatem i wkrótce potem upokarzającą porażką.

Zespół pod kierunkiem Johna Kovaca z Harvard-Smithsonian Center for Astrophysics ogłosił wtedy, że z pomocą umieszczonego na Biegunie Południowym teleskopu mikrofalowego promieniowania tła BICEP2 zaobserwowano zaburzenia polaryzacji tego promieniowania. Zaburzenia tej pozostałości Wielkiego Wybuchu miały być dowodem działania fal grawitacyjnych.

Keating, który był jednym z twórców wcześniejszej wersji teleskopu – BICEP1, mógł wtedy tylko bezsilnie obserwować, jak jego wkład w odkrycie (podobnie jak wielu innych członków zespołu) zostaje pominięty. Choć wspomniano o nim, jego nazwisko nie znalazło się w publikacji. Droga do Nagrody Nobla, niemal pewnej za odkrycie tego formatu, była zamknięta.

Rychło okazało się jednak, że i Kovac Nobla nie dostanie. Wyniki jego obserwacji i ich interpretacja szybko wzbudziły wątpliwości, a niespełna rok później ogłoszono, że zaburzenia polaryzacji zaobserwowanego sygnału w znaczącej części pochodziły od… międzygwiezdnego pyłu, znajdującego się w naszej galaktyce.

Keating w swojej książce przyznaje, że sprawa możliwych zaburzeń wprowadzanych przez pył i jego niepokoiła. Podobnie jak zespół BICEP2 w końcu jednak zmienił zdanie. Do tego błędu, do tej pochopnej oceny przyczynił się pośpiech związany nie z czym innym jak nadzieją na Nagrodę Nobla.

Poszukiwania fal grawitacyjnych, zakończone wreszcie sukcesem, doczekały się Nagrody Nobla w ubiegłym roku. Otrzymali ją Reiner Weiss, Barry C. Barrish i Kip S. Thorne, którzy – zdaniem Komitetu Noblowskiego – mieli decydujący wpływ na powstanie detektora LIGO. To on po raz pierwszy zarejestrował fale grawitacyjne, echo zderzenia odległych czarnych dziur.

Keating proponuje w swej książce kilka sposobów reformy Nagród Nobla, w tym zgodę na wyróżnianie całych licznych zespołów badaczy. Jego opinię można traktować jednak tylko jako głos w dyskusji. Przy odkryciach, pod którymi podpisują się już nie dziesiątki, ale nawet tysiące badaczy, sens tej nagrody byłby wątpliwy. Podobnie jej znaczenie. Trudno oczekiwać, że Komitet Noblowski się na to zdecyduje. Ale trudno udawać, że wątpliwości nie ma…

 

 

 

Źródło: rmf24, Rauters, PhysOrg