Światowa pandemia zatrzymała ubojnie, ponieważ masowo chorują ich pracownicy. Farmy w Stanach Zjednoczonych pękają w szwach, ale bydła, świń czy kur nie ma komu sprzedać, bo dużą część odbiorców mięsa stanowią hotele i restauracje. Miliony zwierząt hodowlanych będą musiały zostać uśmiercone.

Tysiące kur z fermy w stanie Iowa wygrały życie – miały zostać poddane eutanazji, a wylądowały dwoma wyczarterowanymi samolotami w słonecznej Kalifornii, w rezerwacie zwierząt hodowlanych. – Nasi wolontariusze osobiście sięgnęli po te kury do klatek i dali im wolność, która tym zwierzętom się należy – mówi Kim Sturla, dyrektorka organizacji Animal Place. Takich historii w najbliższym czasie nie będzie jednak wiele. Z powodu zamknięcia restauracji i hoteli popyt na jaja w Stanach Zjednoczonych znacznie spadł, a utrzymanie kur, które nie generują zysków, przestało się farmerom opłacać. Miliony będą musiały zostać uśmiercone. To problem, który dotyczy całej branży. Tylko w Stanach trzeba będzie zabić nawet dziesięć milionów świń. Ich mięso nigdy nie trafi do sklepów.

– Ubojnie stanęły. Mięso nie może dotrzeć do sklepów, a zwierzęta pozostały na farmach – wskazuje Denise Derrer z Państwowej Rady Zdrowia Zwierząt w stanie Indiana. Dzieje się tak w związku z pandemią COVID-19. Dzienna produkcja wieprzowiny zmalała za oceanem o jedną trzecią, bo w rzeźniach wiele osób zachorowało i nie ma komu pracować. W konsekwencji stanęły największe na świecie firmy przetwórstwa mięsnego. W sumie od kwietnia nie działa około 20 kluczowych ubojni w Ameryce Północnej.

Farmer z Minnesoty Mike Patterson zastanawia się, jak spowolnić przyrost wagi swoich zwierząt. – Ale niestety im dłużej rzeźnie nie będą działać, tym będą większe – stwierdza. Hodowca świń na razie wstrzymuje się z decyzją. Póki co zmienił ich dietę na mniej smaczną i mniej kaloryczną. Chce w ten sposób spowolnić ich wzrost i liczy, że ograniczy straty finansowe.

– Opracowaliśmy taki plan karmienia świń, który spowolni ich wzrost. Nie tracą na wadzę, ale może nie rosną tak szybko – mówi Mike Patterson. Jego plan nie bierze jednak pod uwagę tego, że choć otwarcie przemysłu mięsnego już powoli następuje, to stworzyły się gigantyczne kolejki. – Mam sąsiada, od którego chcę kupić świnię, ale nie mam jej gdzie ubić. Wszystkie terminy są zarezerwowane. Najbliższa data uboju to 2021 rok – podkreśla Denise Derrer.

Utylizacja nie ominie Polski

W Niemczech ubojnie stanęły w ogniu krytyki, ale z nieco innego powodu. Większość pracowników pochodzi z Europy Wschodniej – Rumunii, Bułgarii czy Polski. W czterech zakładach mięsnych doszło do wybuchu ognisk epidemii. Pracownicy twierdzą, że nie zapewniono im podstawowych warunków bezpieczeństwa, zostali zakwaterowani w ciasnych barakach, a w halach tłoczyli się jeden obok drugiego.

– Nie jest tajemnicą, że w przemyśle mięsnym pracuje wielu podwykonawców, co doprowadziło do zorganizowanego zaniedbania. Przepisy często nie są przestrzegane, brakuje też kontroli – zwraca uwagę Hubertus Heil, minister pracy Niemiec.

Polscy hodowcy też mają swoje problemy. Były wicepremier i minister gospodarki Janusz Piechociński mówi, że u wielu producentów drobiu pojawiły się problemy z podażą głodową. Drobiu na rynku jest dużo, a chętnych na zakupy niewielu. Już w kwietniu federacja branżowych związków producentów rolnych informowała, że hodowcy w Polsce, podobnie jak w innych częściach świata, będą zmuszeni do uśmiercenia zwierząt.

 

 

Źródło: tvn24
0 0 vote
Article Rating